Słucham marszu…

24 Październik 2010

Co by było, gdyby zamienić jawę ze snem i jawa zaczynałaby się we śnie? Budzę się czasami w różnych miejscach. Niefortunnie zdarza się, że oprzytomnieję w powietrzu, kiedyś indziej ocknę się już w domu, a niekiedy na mojej ulubionej zielonej łące.

Tym razem jestem na Woodstocku. Nad stołem tańczy Jelcyn, fotele czekają na dachu samochodu, życzliwie zapraszają. Nadludzka gościnność , ktoś się tym zajął, zadbał, abym znów obudził się godnie. Myślę sobie teraz, gdzie przerwie sen swój ten, kto innych w śnie ugościł? Słyszę Możdżera, patrzę na Kondrata, mówię do Krszny i wino z miodem piję, w Leszkowie. Pod sceną mówią mi, że mam być rasta, w ziemi kąpiel szykują, a między czasie, w bagażniku, zielone druty prostują. Jak trzeba o tym mówić, żeby mu złoty rydwan do raju zamówić? Mieliśmy się przecież budzić razem, co roku, o tej samej porze, by na parę dni rozstąpić czarne ludzi morze.

Jesteś jedną z tych istot, którym wdzięczny jestem za jedno choćby spotkanie. Kiedyś jeszcze raz obudzimy się na jednym polu… Teraz idź, a ja położę się spać.

Leszkowi.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.