Fiołek…

29 październik 2009

Wygląda bardzo atrakcyjnie i jest długowieczny. Odpowiednio pielęgnowany żyje przez długie lata i kwitnie prawie bez przerwy, zarówno latem, jak i zimą. Fiołek należy do zmarzlaków – gdy temperatura powietrza nadmiernie spadnie, kwiat zaczyna chorować. Uwielbia też mieć ciepło „w nóżki”. Fiołek nie znosi zalewania, nie wolno też moczyć jego kwiatów. Podlewając go, wlewajmy wodę na podstawkę.
12

Zdarza się, że fiołek nie chce zakwitnąć. Na szczęście jest na to rada; wystarczy przenieść go na sześć tygodni do jasnego, chłodnego pomieszczenia.
3

                                 Wyniesiony ponownie powinien obsypać nas kwiatami.

4

Viola (wł. fiołek) -niczym jej przyjaciel Mały Książę- ma także swoją planetę (Violetta 557), na której w ucieczce od materialnych spraw, oddaje się praktykom duchowym.
56

Jest otwarta i sympatyczna, przez co łatwo przystosowuje się do każdego towarzystwa. Lubiana przez otoczenie, uchodzi za dziewczynę wesołą, miłą i życzliwą; niekiedy szaloną.
78

9

10

Cechuje ją lotność umysłu i wrażliwość artysty. Często ogląda rzeczywistość swoim trzecim okiem: spostrzegawczości. Miłośnik przyrody i przyjaciel zwierząt.

11

12

13

14

Lubuje się w kupowaniu zupełnie niepotrzebnych, ale „uroczych” przedmiotów i kosztowaniu wyszukanych smakołyków.

15

16

A kiedy się rozzłości i twierdzi, że ją irytujesz; podsuń bez słowa łakocie i będzie po sprawie ;)

17

18

Imieniny Violi.

Pośpieszny do ludzi.

7 październik 2009

Znowu przyciągnęło nas na wiejskie tereny: dżungla, rozlewiska wód, rzeki, i uprzejmi ludzie. Zrobiliśmy sobie wycieczkę nad Jog Falls- największy wodospad w Indiach, potem do miejscowości Mordeshwar- jedno z imion Lorda Shivy. Olbrzymi monument ku jego czci spogląda na nas z nieba. Wyrzeźbione w kamieniu słonie, medytujący jogini i 75 metrowy gopuram (świątynia) są wyrazem nietkniętego hinduskiego kultu. Z uwagą i fascynacją przyglądam się kamiennemu aspektowi boga. Każdy szczegół tej statuy jest dla mnie zagadką. Postać ma cztery ręce- atrybut ten może świadczyć o wyższości boskiej istoty nad człowiekiem, albo odnosić się do czterech stron świata. Nie wiem.
Śiva
A co symbolizują bębenek i trójząb? Ten drugi przydaje się w walce i do połowów. Pierwszym natomiast, ja odganiałbym lisy i inne leśne zwierzęta- tak mi wychodzi gra na nim. Inną kwestią jest trzecie oko umieszczone na czole. Domniemam się, że ma ono związek ze świadomością- wyższą oczywiście, bo wszystko, co boskie, jest nadrzędne do tego, co ludzkie. Mógłbym tak stać cały dzień i zgłębiać, przypuszczać, tworzyć teorie, niektóre zresztą już utarte. Zrobiłem zdjęcie i zdecydowałem przestudiować to w domu; czas przecież mamy ograniczony.
Joginda.
Lubię oglądać takie monumenty, ale za każdym razem, kiedy na nie patrzę, zaczyna mi się śpieszyć. Atakuje mnie myśl o ich długotrwałej żywotności. Myślę, że będą tu stały wiecznie. Nie są zależne od czasu, on ich nie złamie, nie zburzy, nie pochłonie. W wyniku działania otaczającego środowiska dojdzie, co najwyżej do korozji. Ale wtedy pojawiają się ludzie, którzy żyją –jak się im życzy– sto lat. Robimy make-up, renowację i restaurację. Dbamy o dziedzictwo kulturowe i mamy nadzieję, że kiedy nasz liniowy czas dobiegnie końca, ktoś też się nami zajmie- Bóg.
Popłynęliśmy w górę rzeki drewnianą łodzią z połatanym żaglem, w poszukiwaniu niezwykłych śmiertelników…
łódź.
pirat.

(notka dodana po powrocie do Polski).

Palolem Beach. (Goa)

20 wrzesień 2009

Stacjonujemy aktualnie w chacie na plazy. Tymczasowo nie jestesmy zdolni splesc pozadnej notki…
Właśnie tak...

Blend Tea.

11 wrzesień 2009

W pobliżu miejscowości Kottiyoor (stan Kerala), znajdują się plantacje herbaty. Droga do nich jest bardzo kręta i prowadzi w góry- najprawdziwsza serpentyna. Fakt ten jednak nie przeszkadza kierowcy autobusu w udowadnianiu, że jest panem szosy. Cały ruch uliczny Indii to bezprawie, dżungla, a autobus w jej hierarchii to słoń. Nawet podobnie głośno trąbią. Silnik sapie, zrywa się- kierowca eksploatuje czterosuw na całego, wręcz dojeżdża go. Zachowuje się jakby dostał wyraźnie sformuowaną wytyczną: „Dowieź ludzi jak najszybciej na miejsce. Byle jeszcze tętnili”.

Wytrzęsiony, czułem się jak na przejażdżce kolejką górska. Jakże jednak bogatą w tropikalne krajobrazy. Dookoła palmy kokosowe, palmy liczi, bananowce, drzewa mango i papaji. Można wypatrywać bizony, pawie, małpy i tygrysy. Aż w końcu dociera się na plantacje kawy i herbaty. Tej drugiej jest tutaj znacznie więcej, a czas zbiorów trwa przez cały rok. Zrywa się jasnozielone listki, a ich ilośc na końcu krzewu świadczy o jej jakości. Trzy listki – potrójna korona. Lipton podobno nie ma żadnej, a tak się u nas wozi ;)


SIDDHA SAMAJ.

5 wrzesień 2009

Wzrok schowany pod łukiem brwiowym patrzy na Boga. Otwarte szeroko powieki wyciągają na wierzch kuliste białka. W taki sposób, osiem godzin dziennie medytują gospodarze sekretnego aśramu, który w końcu udało się nam odnaleźć. Modły są tu bardzo swoiste. Sesja o trzeciej w nocy wypełnia aśram odgłosami wilczych oddechów. Pierwsza styczność mrozi krew w żyłach. Spać, czy czuwać? Sami stwarzamy sobie ten problem, bo świadomością absolutu jesteśmy daleko z tyłu.

Nie każdy może zostać w aśramie. Rozmowę wstępną prowadzi jeden ze starszyzny w obecności wszystkich zainteresowanych. Śmiech, cisza i zdumienie na zmianę, wodzą naszym pulsem. Udało się jednak zachować spokój; przyjęli nas – pierwszych polaków w historii.

Aśram jest w pełni autonomiczny. Hodowla zwierząt, warzywa, owoce; nawet pole ryżowe. Poza czasem modlitw wyznawcy warzą wywary z ziół, które sami uprawiają. Kora drzew, krzewy, liście- wszystko ma swoje zastosowanie. Ich medyczne mikstury są znane w całych Indiach.

DSC_6415kk
DSC_6ggg425

Bardzo się od siebie różnimy. Oni na co dzień oddają się Bogu, my natomiast konsumpcji. Podobna jest tylko anatomia. Śmiejemy się wzajemnie z dziwnych dla obu stron zachowań i nawyków. Największa róznica –moim zdaniem– jest w sposobie postrzegania relacji. My odbieramy interakcję człowiek – człowiek. Oni Bóg – Bóg.

DSC_6461brr

nie podoba mi się to.

27 sierpień 2009

Drażni mnie infantylność większości indusów. Jak nie powiesz im stanowczo „nie” lub „idź” –jak niegdyś mama, gdy byli młodzi– to nie zrozumieją.
Jeden pyta nas, czy może popatrzeć jak się kochamy, bo nigdy prędzej nie widział. Wykreowali mu w głowie, że w Europie to każdy z każdym, no i proszę, nie potrafi teraz chłopak odróżnić porno od reality. I nie odejdzie, jak nie krzykniesz.
Żebrak też nie da ci spokoju, bez stanowczości w twoim głosie.
Riksiarz, który zajechał tobie drogę -gdy miałeś właśnie szansę przekroczyć ruchliwą ulicę- nie odjedzie bez konkretnego „goł!”.
A do naganiaczy sklepowych najlepiej nic nie odpowiadać.

Jesteśmy w Kerali. Co jakiś czas popada deszcz- to ta dobra strona. W nocy nie da się spać, bo latające małe chuje tną nas bez opamiętania.
Nienawidzę ich!

Town of art.

24 sierpień 2009

Mahabalipuram słynie z największych na świecie reliefów skalnych. Znalazło się dzięki temu na liście światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Codziennie zjeżdżają doń rzesze turystów, dla których to kolejny przystanek zerżnięty –przepraszam za ten kolokwializm- z przewodnikowego planu podróży. Następnie będzie Puduććeri, Madurai i Kanyakumari.
Według niektórych źródeł, Mahabalipuram to najpiękniejsze miasto południowych Indii. Nie widziałem jeszcze większości miast tej części subkontynentu, dlatego ciężko mi zaprzeczyć, a tym bardziej zgodzić się z tym stwierdzeniem. Zajeżdża mi tu jednak przewodnikową gloryfikacją. Gdybym mógł zawęziłbym to trochę do takiej postaci:

Od samego świtu do godziny ósmej rano, Mahabalipuram to najpiękniejsze miasteczko południowych Indii.

W tym przedziale czasowym spacer po mieście jest bardzo przyjemny. Słońce jeszcze nie dokucza, a w powietrzu rozchodzą się dźwięki prac artystycznych. Kakofonia dłut obijanych o kamień, młotków o metal, ręcznie piłowanego drewna i głośne wejścia szlifierki- wszystko grane jak z nut.
Na plaży widok rybaków powracających z połowów zatyka dech w piersiach. Pojawiają się na horyzoncie znikąd, jakby cały ten czas byli schowani za falą. W swojej wyrzeźbionej w drzewie łódce walczą z żywiołem, który wyrzuca swe złości na brzeg. Do połowów używają sieci, bo nie zadłaby się im wędka na 20 kilogramową rybę.

Spacer można uwieńczyć ciepłą czaj i ponarzekać trochę, że łatwiej jest tu kupić hamburgera niż ćapati.

rybak

Do joga.

16 sierpień 2009

Od kiedy opuściliśmy Puttaparthi dni sprawiają wrażenie krótszych. Dużo nowych znajomości, zobowiązań, które procentują przyjemnie spędzonym czasem.

Yogeshwara poznaliśmy na poczcie w Chennai. Pochodzi z kasty braminów, co uwłaszcza go do głębokiej praktyki duchowej. Prowadzi szkolenia dla przyszłych nauczycieli jogi i poranny program w państwowej telewizji. Z nami spędza wolny czas. Rozmawiamy, medytujemy i ćwiczymy podstawy jogi w malym aśramie, którego jest gospodarzem pod nieobecność guru Ananda Chaitanya.

Antony’emu natomiast pomagamy prowadzić restaurację. Odpłaca nam posiłkami i kawą. Kiedy jesteśmy już zmęczeni wracamy do domu, w którym prowadzimy małe zoo. Przed pójściem spać trzeba przegonić krnąbrne karaluchy, kąsające mrówki i komary. Pająki raczej nie dokuczają; oswojone jakieś. Mieszkanie odstąpił nam za darmo Assim- obywatel Kaszmiru. Zrobił to z dobrej woli, obalając przy tym zgryźliwe powiedzenie hindusów. Mówią, że „jeśli spotkasz filantropijnego muzułmanina, to możesz być pewny, że jego ojciec nie jest muzułmaninem”.

Ich wzajemną psychotyczność czuć nawet na wspólnych spotkaniach, a szkoda. My tak bardzo lubimy łączyć… wszystkich.

Mamallapuram.

13 sierpień 2009




North Indian Cantin.

3 sierpień 2009

Dzisiaj opuszczamy aśram Śri Sathya Sai Baby po dwudziestopięcio dniowym pobycie. Może to trywialne stwierdzenie, ale najbardziej będzie mi brakowało pendżabskiej kuchni. Bazuje ona na ryżu, ciapati i o różnej konsystencji sosach warzywnych, często z soją bądź tofu. Dwadzieścia rupii –ok. 1,5 złotego– wystarcza by najeść się do syta.
Zazwyczaj stołują się w niej Sikhowie- uczniowie Nanaka. Są to wyznawcy sikhizmu, który czerpie trochę z hinduizmu, trochę z islamu. Zamieszkują głównie stan Pendżab, stanowiąc ponad połowę jego ludności. Sikha łatwo rozpoznać, bo nosi turban, brodę i szorty; czasami też stalową branzoletę, co jest symbolem skromności. Zabawne jest to, że każdy Sikh nosi nazwisko Singh. Nie raz widziałem autorów książek o tym nazwisku.
Najlepsi żołnierze w Indiach to podobno Sikhowie- walnie przyczynili się do odzyskania niepodległości przez Indie. Są bardzo weseli, dobrze zorganizowani i świetnie gotują. Te cechy kreują przyjemny klimat w kantynie, co działa na mnie jak magnez. Cieszą się, że gustuję w ich kuchni (na terenie aśramu jest także europejska kantyna). Kochają ludzi, bo nauczał ich Nanak: „Jeśli chcesz kochać Boga, naucz się najpierw kochać drugiego człowieka”.
Oddajemy pokłony Panu Nanakowi. Przed nami jeszcze 55 dni peregrynacji.

Cross.

3 sierpień 2009

_DSC3721
DSC_3948

Chłopak z Kerali.

27 lipiec 2009

Naresh jest młodym, zwykłym hindusem – w tym znaczeniu, że jego wegetariańskie menu zawiera też ryby. Spotykamy się codziennie. Lubię go, i nie przeszkadza mi nawet fakt, że podszedł do nas tylko ze względu na frapującą go urodę Violety. Ona podoba się tutaj każdemu. Jest ideałem młodych indusów oraz arabów, obiektem pożądania mężczyzn i powodem do zazdrości wśród kobiet. Podobno –gdyby tylko chciała– kariera w Bollywood stoi przed nią otworem. Mi pozostały pojedynki wzrokowe z jej adoratorami. I całe szczęście, że udajemy małżeństwo –nosimy obrączki– bo prawa religijne są tu wysoce respektowane; mogą mi skoczyć! Ha!
Naresh jeszcze kilka dni wypytywał o kwestię rozwodów w naszej religii zanim zrozumiał, że się kochamy. To do niego trafiło, bo miłość do kobiety była dla niego abstrakcją. Spotkania z nami pobudzaja jego wyobraźnię- marzy o europejskiej miłości. Wyidealizował sobie zachodni romantyzm, który –jak mu tłumaczymy– nie zawsze jest usłany różami.
Jego rodzice znaleźli mu wybrankę, z godnym mu posagiem. Czekają tylko na aprobatę zbuntowanego hindusa. Ten natomiast ma zamiar zrozumieć, że kobieta nie tylko rodzi się po to, aby służyć swojemu ojcu, potem mężowi, a na końcu synowi. Chce wpaść w bagno, w którym to ona go nawymyśla, a on będzie przepraszał. Gdzie to z niego zrobią służącego żony, a później teściowej- ale tego jeszcze nie wie. ;)
naresh

Biała klatka.

25 lipiec 2009

DSC_3201b

Prasanti Nilayam Śri Sathya Sai Baby, to globalna autonomiczna wioska. Zjeżdżają do niej –wlaściwie do Niego– ludzie z całego świata. Tutaj tworzą synkretyczną całość, sumiennie podporządkowując się narzuconym normą. Ku awatarowi, poprzez prawdę, do konformistycznej postawy. Poza wioską znają tylko swój dom, bo mało kogo interesuje życie poza boską enklawą.
    Tymczasem jednen z nich postanowił wychylić głowę z króliczej nory. Ujrzał paletą z miriadami kolorów wschodu, przekroczył barierę tłumionego dźwięku. Nagle zlała się kakofonia klaksonów, które jakby zsynchronizowane z każdą zmianą ruchu pojazdów dawały świadectwo swojej niepodważalnej przydatności. Jego biała glowa została zauważona pomimo ogromnego haosu na jezdni i wśród pieszych. Podjeżdża riksiarz. Trąbiąc parę krótkich serii potwierdza, że jedzie, daje znak, że hamuje. Natychmiast pyta: „Yes”? „Yes”? On stanowczo odmawia, w przeciwnym razie zjedzie się jeszcze kilku przewoźników. Słyszą oni aprobatę jak goląb ziarno, uderzające o ziemię. Postanowił zrobić krok na przód. Przeszedł granicę gęstego powietrza, jego oddech poglębił się. Teraz czas na żebraków, których dolegliwości nie sposób zliczyć. ”Sai Ram”! „Sai Ram”! -Powołują się na imię Pana. „Nie zatrzymuj się” -podpowiada mu wewnątrzny głos. Przystanek nawet dziesięć metrów dalej przysporzy go o dudnienie obijających grunt bambusowych kijów- to ruszyła armia beznogich mężczyzn i starych kobiet.
    Kiedy nauczy się iść przed siebie warząc każde spojrzenie, może przebije się przez aleję perskich handlarzy. Zadziwiające jak potrafią omamić człowieka i wcisnąć mu za mocno wygórowaną cenę swoje produkty, rzekomo „najwyższej jakości”. Przybyli z Kaszmiru tropem białego turysty. Muzułmanin ma wszczepioną –wraz z religią– osobowość handlarza. To Mohammed za czasów swojej ekspansji dał mu siekierkę, aby sam sobie drewna narąbał.
    A nasz śmiałek przechodzi obok, nie zwracając uwagi na ich towar. Godzi w ich dumę. Słabną, rzedną, a za tym całym przedstawiniem dla turystów, za kurtyną odnajduje uliczny targ. Induscy kupcy rozłożeni na ziemi z owocami swoich domowych upraw. Papaja, mango, imbir, papryczki – to te, które zna. Ale co ma zrobić z warzywem przypominającym leśny ul? Albo z tym, takim długim i giętkim jak rura od odkurzacza? A co z miękkim o bulwiastej powierzchni „ogórkiem”? Te produkty sa dla niego tak samo użyteczne, jak kosztowne. “Tak mało wciąż rozumię…” -Zdał sobie sprawę, jak bardzo hermetyczne jest środowisko, w którym żyje. Wszędzie Ci sami ludzie. Najpierw asymilował się z nimi, a później rozlatywali się po świecie tworząc diasporę. Ale był szczęśliwy, bo wystarczła mu świadomość przynależności do grupy; stada. Ściska mu gardło, bo uderzyła w niego odmienność, której wcześniej nie zauważał. A przecież już od dawna wie, że świat nie kończy się za horyzontem.



Aśram (ciag dalszy).

22 lipiec 2009

Wciąż tutaj, w Aśram z bandą nawiedzonych świrów, oświeconych białasów z mieszkanką hindusów, nepalczyków, chińczyków i innych nacji. Zaraz palenia papierosów doprowadza mnie do szału. Zakaz opuszczania terenu Aśram po godzinie 21:00 również. Wszystkie zakazy ograniczają wolność. Pory obiadowe konkretnie określone od-do. Nie umiem, a przede wszystkim nie lubię tak żyć. Wolę po swojemu. Te ograniczenia nie są dla europejskiej, zepsutej konsumpcjonizmem, chcącej niezależności dziewczyny.

A gdzie puby, alkohol, muzyczne doznania? Gdzie stan upojenia, koniecznie powtarzany co piątek?
Tutaj zapominam o przyzwyczajeniach dających mi iluzję szczęścia. Jest coś innego, może Ci ludzie działają hipnotyzująco. Jak to mawiali nawiedzeni polacy, tutaj jest inne powietrze, gęste.

Nie łapię tego, nie o to chodzi. O duchowość, wiarę, Say Babę, Boga – człowieka.
Chodzi o coś innego, o odległość. O ludzi tutaj. Niby jesteśmy tacy sami, wszyscy a jednak coś czyni ich innymi.
Ja widzę na ich twarzach uśmiechnięte usta, kolory, kontrasty, esencję kultury Wschodu, w każdym drzemie mocna, ostra masala.

Po przeczytaniu Masali Cegielskiego mam wrażenie przeterminowanej lekcji o Indiach. Ale nie do końca.


Powyżej zdjęcie jak to JJ napisał “Na Jezusa”. Z pokoju w Ashram.

Aśram.

19 lipiec 2009

Było sobie kiedyś miasto, w którym narodził się bóg. Przybrał on ludzką postać, aby pomóc ludziom na ziemi. Przychodzi we własnej osobie, ponieważ boski porządek (Dharma) na niej zamiera, bo ludzie zapominają o Jedynym. Na jego skinienie wybudowano ogromny szpital, ceniony w Indiach uniwersytet, spektakularne planetarium oraz ogrodzone murem miasto w mieście; enklawa.

Pierwsza zasada życia w Aśram brzmi: Nie trać czasu (na przyziemne sprawy)! Oddawaj się sadhanie, czyli praktykom duchowym.

I tak tutaj rzeczywiście wygląda. Prawie wszyscy mężczyźni odziani są wylącznie w białe, luźne kurta. Kobiety noszą pandżabi i przewiewne sari. Każdy dąży do zbawienia (mokszy), poprzez zniszczenie w sobie (kszaja) zaślepienia przemijającymi przyjemnościami (moha). Szczególne epatują tym europejczycy, kreując się na bardziej uduchowionych niż narodzony w pobliżu hindus.

Druga zasada życia w Aśram brzmi: Aśram zapewnia Ci wszystko. Nie ma żadnej potrzeby wychodzenia poza Aśram.

Tę zasadę łamiemy notorycznie. Z zasady.

Motor-trip.

16 lipiec 2009

DSC_3077
DSC_3072
DSC_3097
DSC_3114

Help Ever…

16 lipiec 2009

Miejscowe jedzenie jest bardzo dobre i tanie. Jemy wszystko, rękoma jak inni. Stołujemy się w rodzinnych restauracjach. Kupujemy dania smarzone, bądź gotowane, wodę wyłącznie butelkowaną; ostrożności nigdy nie za wiele. Szalejemy tak dwa dni, aż do nadejścia dłuugiej nocy. Miota Violi żołądkiem, że prawie traci przytomność. Jej rozżarzone ciało doprowadza mnie do obłędu. Najstraszniejsze nazwy chorób przychodzą mi na myśl. Czuję, że się zaraziłem, kapie ze mnie pot i walczę z dolegliwościami żołądka, a nad moją głową brzęczą moskity.
Pstrykam palcami. Najważniejsza jest Ona.

Rano załatwiam karetkę i lądujemy w szpitalu. Podłączają nas pod kroplówki i płuczą całkowicie- każdą stroną, a obok muszli zamiast papieru stoi tylko wiadro z wodą.
Drugiego dnia opuszczamy ten lokal. Mamy garść tabletek, oczyszczone spichlerze i nowy plan żywieniowy. Cała kuracja za darmo, bo motto szpitala brzmi: Help Ever. Heart Never.

Lokmanyatilak.

16 lipiec 2009

Wychodzimy z dworca otoczeni przez kierowców riksz –trzykołowy pojazd silnikowy z zadaszeniem,przeznaczony dla dwójki pasażerów, ale widzieliśmy, że mieści też piętnastu– niczym Lepper przez dziennikarzy po jednym ze swoich trywialnych wystąpień. Krzyczą, pytają o coś, błagają jeden przez drugiego. Inni już trąbią zza ich pleców, zajeżdżają drogę, prawie rozjeżdżają tych na nogach. Panujący zgiełk i kakofonia wszystkich dzwięków powodują, że szukasz wyjścia po omacku, z zamkniętymi oczami. Każemy im spierd…- tak, po polsku!

_DSC2940

UB 51, 54.

11 lipiec 2009

Wsiadamy do pociagu, ktorego drugi koniec ginie gdzies za horyzontem…

Indusi sa bardzo przyjazni. Jestesmy goscmi w ich kraju, dlatego zapraszaja do rozmow, stawiaja herbate lub kawe bez mozliwosci zrewanzowania sie. W pociagu panuje jarmarczny klimat. Co chwile przechodza sprzedawcy indyjskiej herbaty  z metalowymi dzbankami. Ich donosne “Chai! Chai!” slychac juz z poprzedniego wagonu. Wegetarianske dania w aluminiowych foremkach, zimne butelkowane napoje, chipsy- to wszystko proponuje nam nieprzerwanie sluzba kolei.  Poza tym, co nowa stacje dosiadaja sie handlarze orzeszkow ziemnych, mieszanki orzechow, cytryn, limonek, bananow, jablek, melonow, prazonego ryzu z warzywami, takze pakora (smazone warzywa w panierce), samosow (trojkatne smarzone pierozki z warzywami), ciapata (nalesnik przenny), lodow i roznych rodzajow ciastek. Mozna tez kupic metrowy metalowy lancuch  z klodka do bagazy, czasopisma w jezyku angielskim, jak rowniez skorzystac z uslug pucybuta czy eunucha. Kazdy z nich glosnymi okrzykami zaznacza swoje nadejscie; promuje swoj asortyment.

Poniewaz Indie to kraj kontrastow (np. w Bombaju olbrzymie i nowoczesne budynki stoja tuz obok slumsu) radosc z goscinnosci i taniego konsumpcjonizmu czasami zanika. Matka z malym dzieckiem, niewidomy starzec, malzenstwo z ikona Shivy prosza o pieniadze- sa chorzy na polio. Indus o kulach bez nogi, inny bez dwoch ciagnie swoj tlow po podlodze. Mlodzi chlopcy czolgajacy sie korytarzem, to z malpka na lancuchu, to z miotelka- zamiataja pod nogami podroznych.

Czasami pomagamy- wiadomo, ale wszyscy sie domagaja i nie ustapia tymbardziej nam, ‘turystom’. Mamy troche szczescia, bo nasze miejsca to Up Bunk 51 i 54 – gorne lozka.

.
.

Bomba.

11 lipiec 2009

Chaotyczny Bombay. Ciezko ustalic gdzie jest centrum miasta, bo przejezdzamy przez nie co chwile. Jedziemy odebrac bagaze z hotelu, ktorego nie sposob odnalezc. Nasz kierowca ma lek w oczach, bo wie, ze spieszymy sie na pociag. Nic nie rozumie po angielsku. Na ulicach korki. Osiem rzedow utworzonych z riksz, taksowek, samochodow, luksusowych wozow, krow i autobusow. Nasz taksowkarz robi co moze – jezdzi poboczem, cofa na skrzyzowaniu, zawraca i pyta co chwile ludzi o droge. Po okolo godzinie jestesmy na miejscu. Pomimo, ze wszystkie oplaty zostaly uregulowane predzej (wraz z podatkami, napiwkami itp.) jestesmy zmuszeni zaplacic… lapowke, datek? Hotel uznajemy za drogi, a stroza pozadku, ktory nam go “zalatwil” za skorumpowanego.